TCRNo7 / 3. Alpejski przedpokój. (PL)

Zdjęcie główne z Google Street View. Widok na Alpy z brzegu Wörthersee.

30.07.2019

Po niespełna trzech godzinach snu otworzyłem oczy, aby chwilę później usłyszeć hotelowy telefon dzwoniący z zamówionym budzeniem na 4 rano. Ucieszył mnie mój zegar biologiczny. Szybko umyłem zęby, wysmarowałem co trzeba, włożyłem na siebie ciuszki i ruszyłem w te ostatnie serbskie kilometry.

Wraz z nastaniem dnia, mijałem długą kolejkę tirów czekających na kontrolę graniczną w Šid, a kilkanaście minut później byłem już w Chorwacji. Drogi były proste i płaskie, a krajobraz bardzo jednolity, trochę jak Węgry, które miałem zresztą na wyciągnięcie mojej prawej ręki. „Super”, pomyślałem, „Unia Europejska” i wtedy właśnie po raz pierwszy w od startu, zostałem wyprzedzony na tzw. szerokość lakieru. Droga krajowa D2, okazała się tak przepełniona tirami, że rozważałem nawet jakieś objazdy. Jedyne co mnie powstrzymywało to brak telefonu, bo zmiana trasy za pomocą Garmin etrex, nie należy do najwygodniejszych i zajmuje dużo czasu. Wypracowałem w głowie swój następny cel: jak najszybciej znaleźć się w Słowenii, którą świetnie wspominam z TCRNo5. Zacisnąłem zęby i połykałem kolejne kilometry, spoglądając co chwilę za ramię i starając się kontrolować sytuację, która dzieje się na drodze za moimi plecami. To był trudny psychicznie odcinek trasy.

Byłem świadom, iż potrzebuję mieć ze sobą jakikolwiek telefon, chociażby po to aby zabukować nocleg jeśli będzie taka potrzeba, albo zamówić jedzenie z wyprzedzeniem aby oszczędzić trochę czasu. Potrzebowałem również budzika, dlatego cała moja uwaga skupiała się teraz na poszukiwaniu miejsca w którym mogę kupić jakiś niedrogi, zapasowy telefon, ale koniecznie chciałem to zrobić tak aby w żaden sposób nie wydłużać założonej trasy. Jechałem więc swoje, rozglądając się uważnie dookoła. Na wjeździe do Valpovo, znalazłem malutki sklepik z używanymi telefonami komórkowymi. Postawiłem na mały, a co najważniejsze niedrogi telefon z którego mogę zadzwonić i wysłać sms. Pocieszony ruszyłem dalej, pisząc kilka wiadomości do rodziny, po czym sprawdziłem na moim papierowym planie, jak daleko jeszcze do restauracji w której to zaplanowałem dzisiejszy rosół.

Reszta dnia to walka z potężnym upałem, tirami, prostymi drogami i ogólną monotonią krajobrazu. Wszelkie postoje jakie miałem predestynowane były wyłącznie tym, czy mam jeszcze co pić. Momentami było trudno, bo woda, pomimo, iż miałem dwa bidony kończyła się bardzo szybko. Upał pociągał za sobą jeszcze większe zmęczenie, dlatego popołudniu przyszedł czas na moja pierwszą drzemkę, taką z prawdziwego zdarzenia, czyli mniej niż 15 minut na zacienionej ławce na niedużym placu zabaw. Od tego momentu drzemki towarzyszyły mi już codziennie, czasem kilka razy dziennie.

W Koprivnicy zjadłem zaplanowany wcześniej chorwacki rosół i ruszyłem dalej wiedząc, że mocno oczekiwana Słowenia jest już naprawdę niedaleko. W raz z nastaniem wieczoru jazda zrobiła się bardzo przyjemna. W Varaždin, spotkałem dwóch fantastycznych dotwatcher’ów, Matija i Joe, którzy przejechali za mną kilka ulic. Uświadomiłem sobie wtedy, jak dawno nie rozmawiałem z ludźmi inaczej niż jako klient sklepu, stacji czy hotelu.

Photo: Matija Σαωα Kovačević
Chłopaki też jeżdżą długie dystanse. Matija w tym roku startował w Paris Brest Paris.
Jest to jedyne zdjęcie jakie mam z tej części wyścigu.

Przekonany, że Chorwacja jest w Schengen, zdziwiłem się na granicy, że muszę przejść kolejną kontrolę. Mimo wszystko poszło szybko i bezproblemowo i od tego momentu mogłem się czuć naprawdę jak w domu. Do Ptuj wjechałem w środku nocy. Byłem tutaj dwa lata temu na TCRNo5 i znowu powróciły wspomnienia. Nie spodziewałem się wprawdzie, że Romana (słynna dot-watcherka TCR) będzie o tej porze na ulicy, ale i tak czułem tę nieokreśloną do końca pozytywną energię tego miejsca.

Romana złapała mnie w Ptuj w 2017 roku w trakcie TCRNo5. Pozytywna i pełna energii osoba.

31.07.2019

Dalsza droga prowadziła do Mariboru. Znałem ją i wiedziałem, że rano będzie bardzo ruchliwa i nieprzyjemna. „Ta noc należy do mnie” pomyślałem, po czym przejechałem bezproblemowo przez praktycznie pusty Maribor, aby o wschodzie słońca być już na trasie wzdłuż rzeki Drava, prowadzącej mnie prosto do Austrii. Czułem się świetnie. Jechałem swoim stałym spokojnym tempem, poruszając się sukcesywnie do przodu.

W Austrii moje pierwsze zadanie to zakup nowej karty SIM, która przewiozła by mnie już przez resztę Europy. Numer zakupiony w Chorwacji nie miał zbyt wiele do zaoferowania w kwestii opłat roamingowych. Każdy wysłany SMS był bardzo kosztowny. Niestety po wielu próbach, razem z pracownikiem stacji paliw nie udało się uruchomić żadnej austriackiej karty SIM, na moim nowym telefonie. Najbardziej frustrująca w tym wszystkim to strata czasu na tego typu operacje, zwłaszcza gdy ostatecznie okazują się one nieudane. Machnąłem przysłowiowo ręką i ruszyłem dalej mając nadzieję, że kredyty na chorwackiej karcie starczą na jeszcze jakiś czas.

Austria to piękny kraj. Trasa którą obrałem często omijała główne drogi i prowadziła małymi wąskimi dróżkami lub świetnymi trasami rowerowymi. Może nie było to najszybsze rozwiązanie, ale sprawiało mi wielką frajdę i dawało trochę oddechu od hałasu tirów i ciężarówek. Okolice Volkermarkt i Wörthersee to fantastyczne tereny z widokami zapierającymi dech w piesiach. Czułem już Alpejskie klimaty, a z każdym kilometrem białe szczyty stawały się coraz większe. Cały ten dzień wspominam jak jedną wielką medytację w innej i nieznanej mi jeszcze krainie. Piękne chwile. Nie miałem totalnie pojęcia co dzieje się w wyścigu, nie mogłem skontaktować się z nikim, bo po krótkiej rozmowie z moją Madzią, na moim koncie szybko skończyły się pieniądze. Pogodziłem się totalnie z tym faktem i była to najlepsza możliwa decyzja do podjęcia. Moja podróż jak nigdy nabrała nadzwyczajnego znaczenia. To właśnie tego dnia, naprawdę zrozumiałem co to znaczy być samowystarczalnym. Cieszyłem się tymi wszystkimi przemyśleniami, można powiedzieć, że karmiłem nimi swoje słabości fizyczne, rozkoszując się jazdą, drogą i jakąś nieopisaną mistyką. Cały czas wierzyłem, że jestem na dobrej pozycji w wyścigu i starałem się robić wszystko aby jej nie stracić.

Nie ominęło mnie kilka króciutkich drzemek, kolejny dzień ogromnego upału i 15 minutowy postój pod wiaduktem w obawie przed burzą z piorunami, która rozszalała się nagle na mojej drodze. W „Spittal en der Drau” kupiłem dodatkową warstwę odzieży termoaktywnej i spodnie przeciwdeszczowe, które obciąłem do kolan, aby trochę bardziej oddychały. Wraz zachodem słońca temperatura spadała dość szybko i wiedziałem, że wysoko w Alpach będzie naprawdę zimno. Nie chciałem aby temperatura powstrzymywała mnie od nocnej jazdy, którą tak bardzo lubię.

W Sachsenburg po raz kolejny zjechałem z głównej drogi, aby do Lienz dojechać już piękną i malowniczą trasą rowerową, prowadzącą mieszanym terenem szosowo/szutrowym. Brak działającego telefonu zmusił mnie do znalezienia noclegu trochę wcześniej niż zamierzałem. Chwilę za miastem znalazłem mały hotelik w którym chciałem zastać na kilka godzin. Niestety nie było już wolnych miejsc, ale właściciel zaproponował mi coś całkowicie innego. Zaprowadził mnie do wielkiej stajni i powiedział, że jeśli nie przeszkadza mi zapach zwierząt (były tam krowy i konie) to mogę śmiało przespać się kilka godzin na sianie. Po prostu nie mogłem odmówić. Spróbowałem jeszcze podjechać do pobliskiej restauracji na jakieś duże ciepłe danie, ale niestety wszystko było już nieczynne. Wróciłem do hotelu, kupiłem kilka kanapek i butelkę wody i chwilę po 23:00 leżałem już w bivi na usypanej stercie siana, usypiając w cieple stajni przy odgłosach mruczącego bydła.

Ciąg dalszy nastąpi…

Zapis mojego przejazdu na STRAVA (dane z GARMIN etrex 30x)

https://www.strava.com/activities/2614767341

https://www.strava.com/activities/2614767210

https://www.strava.com/activities/2614767209

https://www.strava.com/activities/2614767252

https://www.strava.com/activities/2614767305

https://www.strava.com/activities/2614767300

https://www.strava.com/activities/2614767254

Dodaj komentarz